Trójki i czwórki już nie masz

Renata Piskorż, rehabilitantka na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej w Wielospecjalistycznym Szpitalu Miejskim im. J. Strusia w Poznaniu, tzw. “szwajcarskiej”

Rano, jak tylko przychodzę, to ok. godz. 9 idę się rozeznać, jak wygląda sytuacja na OIOM-ie.

Nim podejdę do pierwszego pacjenta, podchodzę do personelu, który jest już na sali. Pytam, od której strony mogę zacząć, bo nie chcę im rozwalić harmonogramu pracy – może akurat chcą podawać komuś leki, czy myć pacjentów.

Zabieram się za pacjentów. Kończę z jednym, zanim przejdę do następnego mówię: “To cześć, jutro się zobaczymy”. Ale nie zawsze się zobaczymy…

Pytam: “Kto jest do “obróbki””. I słyszę od lekarzy: “Trójki i czwórki już nie masz”. To strasznie przykra chwila. Ale trzeba się ogarnąć, bo te stanowiska nie są puste – już leżą na nich nowi pacjenci. Idę do nich, a potem do następnego pacjenta, i do następnego…

Jak kończę, śmigam pod prysznic. Jestem totalne zmęczona, wypompowana. Ale latem było jeszcze gorzej, bo było bardzo gorąco. Na jednym z OIOM- ów nie ma klimatyzacji.

Nie było 100-procentowej pewności, jak wygląda obieg powietrza, czy przypadkiem wirus wentylacją nie roznosi się częściowo na szpital. Znajomy, niezwiązany z medycyną, narzekał na upały. Nagrałam filmik, jak wyglądam w kombinezonie i mu wysłałam ze słowami: “Mam 52 stopnie, ty tylko 30”. Pot leci po plecach, po twarzy cały czas.

Bo oprócz kombinezonu mam przecież jeszcze maskę, czepek, gogle, przyłbicę, dwie pary butów. Zanim jeszcze wejdę na oddział, sprawdzam przed lustrem, czy wszystko dobrze zapięte i niczego mi nie brakuje.

Moment wyjścia podświadomie każdy z nas chce opóźnić. Bo wiadomo, co nas czeka. Wychodzę z domu ok. 6:30 i od tej pory już staram się nie jeść i nie pić. Żebym nie musiała zdejmować kombinezonu przedwcześnie z tego powodu, że fizjologia da znać o sobie.

Na cały szpital jest 14 fizjoterapeutów, pracujemy w dwóch niezależnych siedmioosobowych grupach.

Gdyby ktoś okazał się zakażony, żeby nie wyłączyło wszystkich, tylko minimalną ilość ludzi. Każdy z nas ma do obstawienia minimum dwa oddziały. Do każdego wchodzi się osobno, więc żeby zminimalizować narażenie drałuje się w kombinezonie z czwartego na szóste piętro i z powrotem – brudnymi schodami, albo tak jak ja, podjeżdża brudną windą.

Tak, windą się nie da, bo karty i za dużo zachodu, ale też szybciej. Jakby ktoś długo nie wracał, wiemy, że trzeba będzie sprawdzić, co z nim, czy nie leży na schodach. Bo w tym stroju łatwo się poślizgnąć i przewrócić. Do tego dochodzi odwodnienie. Najgorsze są pomarańczowe kombinezony – te są zrobione z czegoś takiego, jak torba z IKEI, więc nie przepuszczają w ogóle powietrza.Foto: archiwum prytwaneNa tym korytarzu na “Szwajcarskiej” zawsze był tłum – pacjentów, medyków, odwiedzających pacjentów rodzin. Ale to było przed koronawirusem

Naprawdę ciężko się oddycha w masce, goglach. Oddycha się właściwie wydychanym przez siebie dwutlenkiem węgla. Między dyżurami staram się być jak najwięcej na powietrzu. Żeby się trochę dotlenić. Gdy schodzę z oddziału, to tak jak wszyscy – wypijam straszne ilości wody. Jeden z kolegów ma prawie dwa metry wzrostu – bierze półtora litrową butelkę wody i wypija całą na raz.

Od razu wiadomo, kto zszedł przed chwilą z oddziału, bo ma mokre włosy po prysznicu. Pogarsza się nam wzrok, słuch i pamięć – z listą zakupów chodzimy do sklepu, bo tak zapominamy, a wśród nas pracuje młodzież po “dwudziestce”.

Cała moja rozmowa z Renatą Piskorż ukazała się na portalu Onet – przeczytaj

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail pozostanie niewidoczny