Czy mężczyźnie wypada mieć depresję w pandemii?

Moim zdaniem nie! Jestem wrażliwym i romantycznym facetem któremu zdarzają się chwile słabości, a żyję w świecie, gdzie nie ma akceptacji na takie zachowania. Wśród mężczyzn wyzwala to śmieszność,  a wśród kobiet, które jakże często deklarują iż takiego właśnie mężczyzny szukają, pogardę. U tak zwanych samców alfa, gdy ujawni się depresja, a ujawnia się (widzę to czasem), jest szybko i głęboko ukrywana, gdyż jest to wyraz wyjątkowej słabości. Jak to u faceta? U takiego faceta? Niemożliwe.

Kobiety, które tak potrzebowały wrażliwego mężczyzny, a zaobserwują u niego choćby lekkie oznaki depresji, nie akceptują takich zachowań. Przecież on ma być zawsze silny, nigdy się nie poddawać, musi umieć poradzić sobie w każdej sytuacji. Ma być alfą i omegą, ma też być rozsądny, czuły, wrażliwy, szczególnie na jej ból. Gdy wraca z pracy, w której właśnie przeżył totalne tsunami, to nie może tego nadal przeżywać, ma być już wesoły, energiczny, tryskający życiem. Wszystkie problemy z pracy mają zostać w pracy, tu w domu ma być mężem, ojcem, herosem, czyli podporą dla chwiejnego damskiego świata. A po za tym takie tam problemy to nie problemy, tak w ogóle powinienem się cieszyć, że żyje przecież obiad jest na stole. Tak myślała moja była żona, a po niej też już była partnerka. A teraz, gdy jestem uczestnikiem jednego z portali randkowych, to myślę że 3/4 kobiet tam znajdujących się szuka „prawdziwego mężczyzny”.                                                                      

 Często myślę, że nie podążam właściwą drogą życiową, nie robię tego co lubię, co mi przynosi przyjemność,  ja tylko zarabiam. Wyjechać i paść barany, rzucić to wszystko byłoby fajne.  Ale co z celami życiowymi, co z potrzebami wyższymi, co z marzeniami, jak poprzeczka jest zawieszona tak wysoko. Tak, ja chcę lepszego życia z fajną i mądrą kobietą. Jestem facetem zadbanym, wykształconym, wysportowanym, przejście wymagającą trasą górską 30km w kilka godzin nie stanowi dla mnie problemu. A bycie z kobietą i wspieranie jej wtedy, gdy tego potrzebuje – zawsze; gdy chce wpleść się w moje męskie ramiona – zawsze; gdy chce się przytulić – zawsze; gdy chce porozmawiać, bo ma problemy – zawsze; gdy chce pomarzyć – chętnie;  gdy idąc za rękę na starym mieście wejdziemy w bramę, w której będzie stało stado „jaskiniowców z obcej hordy” próbujących dobierać się do mojej partnerki, stanę w jej obronie – zawsze!

Będę walczył o nią zanim mnie powalą bo ja nie boję się bólu fizycznego. A jak przetrwam i jeszcze ją uratuję będę mógł ze spokojem popatrzeć w lustro. A potem zaproszę ją na romantyczną kolację (choć z podbitym okiem) koniecznie przy pięknym zachodzie słońca i przy świecach, którą sam przygotuję. I tu klops bo danie główne nie będzie stekiem z mamuta którego wcześniej upolowałem, gdyż nie zabijam zwierząt. Będzie to danie bezmięsne, ale za to najwyższej klasy superfood, oczywiście, jeżeli jej będzie odpowiadało, a jak nie to zamówimy pizzę he he.  A tak w ogóle, czy moja siła fizyczna leży w sprzeczności z moją wrażliwością?    
Jednak czasem w życiu jak wszyscy mam problemy, zwykłe życiowe, jak wszyscy i od lat radzę sobie, jak wszyscy. Lecz czasem te problemy chodzą nie tylko parami, ale całymi nawałnicami. Jest ich tak dużo, są tak silne i długotrwałe, że mnie przytłaczają. Przez jakiś czas sobie nie radzę, wpadam w depresję, by potem znowu wstać. Lecz mojej kobiecie już się nie podobam, już mi nie ufa, nie jestem „prawdziwym mężczyznom”, zawiodła się na mnie. A ja nie mogę z każdym problemem biegać do psychologa, muszę być twardzielem, muszę sobie sam z tym jakoś poradzić.

Więc kiedy takie rzeczy mi się zdarzają – choć rzadko – ukrywam je przed całym światem. I choć rano nie mogę zwlec się z łóżka to i tak wstanę, bo co powie partnerka, szef w pracy, dzieci, znajomi, będą mnie mieć za mięczaka, nieudacznika, człowieka bez honoru. Nie mogę tego nikomu powiedzieć, wytłumaczyć, wykrzyczeć. Nie mogę liczyć na nikogo, muszę udawać że wszystko jest w porządku, muszę jakoś to przetrwać, choć czasem już mi wszystko jedno. Ale ja kocham życie i szukam partnerki, która mi powie tylko to jedno zdanie, nie martw się rozumiem cię, wiem że dasz radę. To tak wiele dla mnie znaczy. To by mi dało ogromną siłę, moc, energię. A ja po raz kolejny zawalczę o nią, o siebie o nas. Tylko tyle potrzebuję od życia, albo aż tyle. Ale czy są w ogóle takie kobiety?

J., lat 53. Pozdrawiam

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail pozostanie niewidoczny