To jakaś ponura bajka, raczej do nas nie dojdzie.

To jakaś ponura bajka, raczej do nas nie dojdzie.
Łukasz Majcherowicz, ratownik medyczny z karetki, pracownik Szpitala Powiatowego im. Marii Merkert w Nysie

Czuję, jakby pandemia dopadła mnie nagle. Mnie, nas – medyków, Polaków. Przecież to było jeszcze dwa miesiące temu: Wuhan, Chiny, potem cała Azja. I nagle Europa, ale tylko Zachód. Zagrożenie w Polsce wciąż wydaje się tak odległe. Przypomina mi się, jak lata temu oglądałem w telewizji obrazki z Azji: Japończycy w tych swoich maskach, zastraszeni smogiem. Na wyrost, przewrażliwieni, jak Michael Jackson, myślałem, w dzień w maseczce, w nocy pod namiotem tlenowym.

Parę lat później odkryłem, że w Polsce większość miejscowości, nawet te uzdrowiskowe – Szczawno Zdrój, Rabka – zatrutych jest przez smog. Kuracjusze chyba powinni chodzić w maskach całą dobę, by pobyt w sanatorium im nie zaszkodził.

Ale COVID? Widzę zdjęcia z Włoch, Hiszpanii, ze szpitali zakaźnych w Polsce: ratownicy w kombinezonach, poubierani jak na wojnę biologiczną, jak strażacy w akcji przy rozszczelnieniu cystern. To jakaś ponura bajka, raczej do nas nie dojdzie. Znam tę panikę – ptasia, świńska, chińska… to zwykła grypa, minie. Dużo szumu i nic poza tym, burza w szklance wody.

Przypomina mi się cytat z Rejsu: „Na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć pierwszy”. No i któryś z nas musi jako pierwszy trafić wyjazd COVID-owy.

Na WhatsAppie mamy grupę, na niej pytanie: „Czy dojdzie do nas?” zmieniło się na: „Kiedy? I który z chłopaków trafi jako pierwszy?”. Teraz tylko to krąży.

Przy śniadaniu widzę Radka, właśnie wyświetla mi się filmik, który wrzucił wczoraj wieczorem.

– Co tam? – zagaduję. – Widziałem na grupie, że ktoś was nakręcił z przejeżdżającego samochodu, jak w kombinezonach stoicie przy karetce na poboczu.

– Weź, kurwa, panika na wsi. Chłop jakiś, zryty chyba, biegał po ulicy i krzyczał, że z zagranicy wrócił i że ma COVID-a. Sąsiadka karetkę wezwała, zgłosiła typa, że „un kaszle i ma gorączkę”. Bo tak słyszała. No to się ubraliśmy.

– No i co, zabraliście go?

– Gdzie… Po wywiadzie i badaniu nic ze zgłoszenia się nie potwierdziło, poza tym, że faktycznie facet wrócił z zagranicy. Wysłaliśmy go do domu i pouczyliśmy, że ma się sam obserwować, a jak coś, to sanepid. I finał. Ale chyba zadebiutowalim, co? Ha, ha, ha!

No w sumie, można im zaliczyć ten wyjazd. Jako pierwsi z naszej ekipy pobiegali w tych kosmicznych strojach.

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail pozostanie niewidoczny