Trzeba przyznać się przed ludźmi, że nie dam już rady sama.

Alla – nauczycielka

Środa, godzina trzecia w nocy. Obudziłam się od natłoku myśli. W głowie miałam już “autostrady” wyryte całymi dniami zastanawiania się i bicia się z myślami. Chyba nadszedł czas, że muszę schować dumę do kieszeni – poczułam. W wakacje znów zabrała mnie karetka. Miałam silne zawroty głowy i mdlałam. W tomografii nowy udar nie wyszedł, ale do końca wakacji leżałam w łóżku, wciąż biorę leki. Ale lekarze nie bardzo wiedzą, co mi jest, jakie udar zostawił ślady. I czy nie potrzebna będzie operacja serca, żebym nie dostała kolejnego.

Od miesięcy nie mogę dostać się do szpitala w Polsce. Na kardiologię i hematologię. Bo jedna z hipotez to tak, że oprócz wady serca, mam jeszcze coś nie tak z krwią. I stąd kolejne skrzepy, które mogą oderwać się i zatkać naczynia w mózgu.

Znalazłam klinikę w Niemczech, napisałam maila. Odpisali, że mogą mnie zbadać, ale to prywatna klinika, dla Polaków nie zrobią przecież refundacji.

Wiem już, że chyba jednak muszę założyć zbiórkę. A raczej wiem, że jeśli tego nie zrobię, to będę dalej tkwić w tym co jest. Do końca życia. A nie wiem, ile mi zostało. Czuję, że albo pojadę teraz, góra za tydzień, albo nie pojadę już nigdy.

Żeby normalnie żyć człowiek potrzebuje jasnej głowy. Ale obserwuję co dzień statystyki zakażeń. Zachorowalność na COVID rośnie. Coraz mniej nauczycielek – koleżanek ze szkoły, przychodzi do pracy. Zwalniam dzieci z lekcji, bo mają biegunki, ból mięśni, albo są strasznie zmęczone. Od poniedziałku prowadzę lekcje stojąc w drzwiach, bo zwyczajnie się boję. Okna są uchylone, a ja noszę kamizelkę z postawionym wysoko kołnierzem, żeby mnie nie przewiało. Dzieci siedzą w kurtkach, jeśli chcą. Proszę je o zakładanie maseczek. Sama mam maskę zawsze, zmieniam co dwie lekcje.

Na oddział psychiatrii dziecięcej, gdzie byłam nauczycielką w szpitalu, już nie jeżdżę. Oddział zamknęli, bo dwójka dzieci jest w szpitalach zakaźnych. Reszta została wypisana, a oddział trzeba było odkażać. Mój syn wciąż chodzi do szkoły…

Prosić o pomoc, przyznać do słabości? To boli, bo zawsze dawałam sobie radę

Zbiórka… Trzeba przyznać się przed ludźmi, że nie dam już rady sama. Akurat teraz. Jak wielu walczy. Ktoś o życie, ktoś o firmę, inni o to, by mieć święty spokój. “Nie jesteś sam” – to takie hasło, które dziś się powtarza. No nie. Nie jestem. I nie ja mam najgorzej. Oddycham. Chodzę, jak mogę, jak nie mam zwrotów głowy.

Ale jest on – mój Maksiu, który właśnie śpi za ścianą. Jak nie zacznę się leczyć, to mogę skończyć szybko życie. I nie będę już słyszeć jak gada we śnie, nie będę serwować mu kaszy manny na śniadanie. Tak, muszę założyć tę zbiórkę.

Piszę tekst. W godzinę. O czwartej rano jest gotowy. Wybieram zdjęcie przez kolejne pół godziny, bo w telefonie mam głównie zdjęcia kotów, fantów, które noszę, by sprzedać na bazarki. I zdjęcie samochodu, który sprzedaję od dwóch miesięcy, ale wciąż nie ma na niego kupca. Potrzebuje 50 tysięcy zł…

Zakładam profil na www.pomagam.pl, piszę: “Cześć, mam, ok. 15 tysięcy, ale potrzebuję 50. Część dadzą mi rodzice – około czterech tysięcy. I to wszystko. Mam niesprzedawalny samochód, kredyt i jestem w potrzebie”.

O godz. 6 rano “puszczam” link do zbiórki, ale tylko na Messengerze. Bo tylko do znajomych. Ale przecież i tak wszyscy będą o tym gadać, wiem. Nie odważam się jednak puścić nic na swoim profilu.

Prosić i przyznawać się do słabości, bo to BOLI. Zawsze dawałam sobie radę.

Całość mojej rozmowy z Allą przeczytasz na Onet.pl

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail pozostanie niewidoczny