Jak się nie stawię raczej nie powinno być problemu

lekarz rezydent z Warszawy

Pukanie do drzwi. Nie spodziewamy się nikogo. Wyglądam przez okno i widzę dwóch policjantów. O cholera, myślę, ktoś mnie zgłosił na kwarantannę.

Mili panowie mundurowi wręczają mi pismo, mówią, że to od wojewody, i każą podpisać. Masek nie mają, ale jeszcze nikt nie nosi. Czytam, że mam się stawić do pracy w innym mieście, w szpitalu powiatowym. „W celu walki z epidemią COVID-19. Natychmiastowo”.

Pytam, czy to znaczy, że mam się natychmiast pakować i jechać z nimi. Policjanci uśmiechają się po nosem.

– W sumie to nie wiemy – mówią. Po chwili dodają, że chyba jak się stawię jutro rano, to „raczej nie powinno być problemu”.

Zamykam drzwi za policjantami, pokazuję pismo żonie. Jest zdziwiona, widzę, że i trochę przestraszona.

Odpalam komputer, googluję miejsce, do którego jestem wysyłany, i zaczynam czytać: „Szpital jest całkowicie sparaliżowany przez koronawirusa. Mnóstwo szkolnych błędów błyskawicznie doprowadziło do zakażenia pacjentów i personelu. Na oddziale pracował zakażony lekarz z wysoką gorączką, a kilkudziesięciu medyków, którzy mieli z nim kontakt, trafiło na kwarantannę. Inni uciekli na L4 i urlopy. Ci którzy zostali, pracowali całą dobę, cztery doby z rzędu, a mimo to, szpital wciąż przyjmował pacjentów”.

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail pozostanie niewidoczny